Film: „Slow West”

Niedawno dzięki sklepie z czekoladą Bą Bą (btw, bardzo polecam) udaliśmy się do kina na cotygodniowy seans Kina Konesera. Był to nasz kolejny już film z tej serii i kolejny raz nie zawiedliśmy się kinem nie tak popularnym. Tym razem obejrzeliśmy „Slow West” z Michaelem Fassbenderem.

Przed seansem dostaliśmy dawkę informacji na temat Wesa Andresona, który według pana zapoznającego nas z jego twórczością, tworzył ten film. Niestety pan się nieco pomylił, bo Wes Anderson miał z tym filmem tyle wspólnego, że podczas seansu widać iż reżyser i scenarzysta John Maclean czerpał inspiracje z jego twórczości. Być może to moja pomyłka i źle pana zrozumiałam, ale w takim razie po co wspominał o Andersonie?

pablo (7)

Wracając do filmu. Fabuła jest prosta. W 1870 roku młody szkot Jay Cavendish przemierza dziewiczą Amerykę w poszukiwaniu ukochanej Rose Ross, która razem z ojcem zbiegła na dziki zachód. Szybko dowiadujemy się, że są ścigani za morderstwo, a po połączeniu faktów wiemy już kogo mieli zabić. Jay szybko znajduje się w opałach, z których ratuje go obcy rzezimieszek pojawiający się znikąd. Za opłatą stu dolarów oferuje mu ochronę przed innymi, podobnymi do niego białymi, ale przypadkiem udaje im się także (niemal) umknąć przed strzałami czerwonych. W swojej podróży Jay spotyka także Wernera, którego słowa szczególnie mnie poruszyły i które chcę zachować jak najdłużej (na zdjęciu znajduje się Silas grany przez Fassbendera – niestety nie znalazłam dobrego zdjęcia Wernera, a to po obejrzeniu wydaje się odpowiednie), chociaż bardziej trafnym tłumaczeniem według mnie byłoby „Niedługo teraz będzie zamierzchłą przeszłością”.

Film ogląda się bardzo dobrze. Spokojny przez większość czasu ton przyjęłam z ulgą po wypiciu prawie dwóch kaw. Pomimo opanowania wzmocnionego przez idealnie dobraną muzykę nie mieliśmy wrażenia monotoniczności, ale z przyjemnością czekaliśmy na rozwój wypadków. Niewielu bohaterów zdaje się być ogromną zaletą realizacji, bo dzięki temu mogliśmy bez problemu skupić się na właściwym wątku. Oprócz wspomnianego cytatu, ujęła mnie jeszcze jedna scena: Jay po wypiciu alkoholu oddalił się za potrzebą od obozowiska jego i Silasa. Wracając trafił niestety do innego – zasiadł do ognia wraz z klanem rzezimieszków. Ich przywódca, jak mniemam, zaczął opowieść o kompanie który zabijał tylko po to, aby móc zobaczyć własny list gończy. Kiedy takowy, z nagrodą 500$, ujrzał, uradowany odrzekł „Jutro będzie 1000!”.

Oczywisty, ironiczny humor, ma nas uchronić przed smutnymi prawdami ukrytymi w filmie. Całość jest bardzo spójna i ogląda się ją z największą przyjemnością. Jeśli przyznawałabym oceny, ta produkcja dostałaby u mnie mocne 9/10 😉 Polecam z czystym sercem, ale do kin niestety już zaprosić nie mogę. Jeśli zdarzy się Wam oglądać film w zaciszu domowym, to przygotujcie dobre nagłośnienie, napoje na zapas i zapewnijcie sobie spokojny, zaciemniony pokój z kocem pod który się wślizgniecie.

polecam_AC

PS: Na koniec podrzucam Wam ścieżkę dźwiękową. Polecam na spokojne wieczory 😉