Blog: Słów kilka na temat GA.

Ten post nie ma być pomstowaniem na to co się stało, ani deklaracją, że nie będę dalej oglądać (bo będę, dalej tak samo). Po obejrzeniu najnowszego odcinka poczułam po prostu, że muszę podzielić się przemyśleniami na temat jego i całego serialu. Nie zachęcam Was specjalnie do czytania posta, bo są to tylko moje wynurzenia. Ale jeśli też jesteś fanem GA, możemy razem przeżywać żałobę ( 😉 ).

ALE! Najpierw obejrzyj odcinek 11×21, a dopiero potem czytaj tę notkę 😉


Pamiętam jak jeszcze w telewizji, w okolicy 2008/2009 roku emocjonowałam się na kolejny odcinek Grey’s Anatomy na polsacie. Było to moje jedyne źródło do oglądania tego serialu. Podekscytowana opowiadałam mamie o Sloanie i jego relacjach z Derekiem, o George’u, Meredith, Cristinie, Izzie i Alexie. Do tej pory pamiętam niemal każdy przypadek z pierwszych pięciu sezonów, które obejrzałam po kilka razy. Pamiętam jak dziś, jak tydzień pewnych wakacji spędziłam tylko i wyłącznie na oglądaniu (starając się ukryć przed rodzicami) Grey’s Anatomy. Obejrzałam wszystkie 5 sezonów z zapartym tchem i moje myśli krążyły tylko wokół tego tematu. Ich historie były dla mnie inspirujące (sytuację kiedy Meredith niemal się utopiła zaaranżowałam do opowiadania które wtedy pisałam).

Po piątym sezonie nie przestałam oglądać, chociaż kolejnych odcinków nie oglądałam powtórnie (trauma po śmierci O’Malleya i odejściu Izzie), ale wciąż był to mój ulubiony serial (pomimo przejściowych wątpliwości w tej materii). Jest to jedyny serial, który oglądam tak długo i regularnie. Jedyny w którego oglądaniu nie robiłam dłuższych przerw. Nieraz, już w akademiku, spóźniałam się a nawet opuszczałam zajęcia tylko dlatego, że w piątek rano MUSIAŁAM obejrzeć najnowszy odcinek.

Muzyka z serialu towarzyszyła mi w trudnych i radosnych chwilach. Pomagała zanurzyć się w beznadziejności świata, a potem wyciągała do mnie pomocną dłoń. Przy słuchaniu piosenek przypominałam sobie sytuacje w jakich byli bohaterowie kiedy właśnie one były ścieżką dźwiękową do ich życia.

Doskonale znam życiorys każdego z bohaterów (na tyle na ile Shonda je nam pokazała). Jednym kibicuję, innych wolałabym nie widzieć w ogóle na ekranie. I godzę się na wszystko co przynoszą kolejne odcinki.

Wiem, że to może głupie, ale ten serial pomógł mi nauczyć się, że życie nie zawsze jest takie jakbyśmy chcieli. Chociaż chciałam innej drogi dla bohaterów – oni tonęli w beznadziejności, żeby móc odbić się od dna i wynurzyć w całkiem innym miejscu.

Roniłam łzy przy historiach pacjentów i nauczyłam się rozpoznawać sytuacje beznadziejne (w tej kwestii Shonda już rzadko mnie zaskakuje – na początku odcinka mogę okreslić kto umrze a kto zostanie przy życiu) i ryczałam jak bóbr kiedy umierali O’Malley, Denny, Sloan i Lexie. Płakałam ze szczęścia kiedy Izzie i Alex stanęli przed ołtarzem, Derek i Meredith stali na ziemi na której stanął ich dom, kiedy April i Jackson dowiadują się, że będą mieli dziecko.

I płakałam kiedy Derek umierał. I kolejny raz przekonałam się jak okrutne potrafi być życie (albo scenarzyści i aktorzy).