Abyście mogli zrozumieć o co chodzi z plakatem w pełni, zajrzyjcie na blog Andrzeja Tucholskiego i przeczytajcie ten wpis (na górze macie link do filmu ). A jeśli pobierzecie plakat, powiesicie go i wrzucicie zdjęcie na instagrama, oznaczcie je proszę hashtagami #pozeraczeczasu i #9rzeczyrano, a pewnie i Andrzejowi będzie miło, jeśli go oznaczycie na zdjęciu Jego instagram to @andtucholski, a i mnie możecie przy okazji oznaczyć @agatazietarska
Aby ściągnąć plakat w wybranej przez Was opcji, kliknijcie na wybrane zdjęcia poniżej:
]]>
Chciałabym też podzielić się nim z Wami, żebym nie tylko ja miała z niego pożytek. Mam nadzieję, że skorzystacie i dacie mi znać jak Wam się podoba i czy się przydaje Pokażcie mi jakie jeszcze macie dla niego zastosowanie, a jeśli wrzucicie zdjęcia na instagramie, to oznaczcie je #pozeraczeczasu i #organizertakbardzo. Będzie mi ogromnie miło widzieć te tabelki w użyciu
]]>Bez zbędnych ceregieli przejdźmy do sedna sprawy

Pierwszy planer był dobry na początek – miał wszystko co na tę chwilę potrzebowałam, a nie miałam też wtedy czasu żeby przygotować coś lepszego. Przygotowałam więc do druku plik starczający na 9 tygodni i znalazłam punkt ksero, gdzie była możliwość zabindowania gotowego wydruku na metalowe kółka (na tym bardzo mi zależało). Nieco się na tym punkcie przejechałam, bo mimo że cały notatnik nie miał nawet 100 stron, to za całość zapłaciłam niemal 30 zł, a do jakości wykonania miałam całkiem sporo zastrzeżeń. Po pierwsze jakość druku – w projekcie użyłam czarnej i szarej czcionki, na papierze niestety nie wyglądało to najlepiej. Przyjęłam to też jako swój błąd i zakodowałam żeby to poprawić. Po drugie dopasowanie pliku do druku – coś, za co drukarnia policzyła sobie 7 zł – tak, dużo w tym mojej winy, bo nie przewidziałam marginesu na kółka, ale punkt ksero okazał się prężnie działającą drukarnią, która zajmuje się też poważniejszymi zleceniami, więc takie przygotowanie mnie nie zadowoliło.
Nauczona na własnych błędach pod koniec okresu, który obejmował tamten organizer, zabrałam się za przygotowanie nowego plannera, tym razem udoskonalonego. Kiedy projekt był gotowy poszukiwania drukarni która zrealizuje projekt zakończyły się szybko – na drugim miejscu (dokładnie tym, gdzie Gruszka z fartuszka drukowała swój). Niestety minimalny koszt przekroczył mój budżet. Spytałam więc Was na facebooku czy byłby ktoś chętny na zamówienie takiego organizera po kosztach druku i przesyłki. Ku mojemu zaskoczeniu szybko uzbierałam jeszcze 4 chętne osoby, więc kwestię zamawiania i dostarczenia organizerów do mnie udało mi się załatwić w ciągu tygodnia. Jeśli ktoś z Was po przeczytaniu tej notki będzie zainteresowany gotowym plannerem, to zapraszam na koniec notki


Przejdźmy do samego organizera.
Planner obejmuje okres około pół roku z małym zapasem (dokładnie 28 tygodni). Skonstruowany jest tak, aby można było zacząć go używać w dowolnym momencie, dlatego nie ma w nim sztywno ustalonych dat – te można wpisać samemu. Zależało mi na tym, bo kiedy zaczęłam go projektować nie wiedziałam dokładnie kiedy uda mi się skończyć sam etap projektowania, a później kiedy będę go w końcu miała w swoich rękach. Jest to też idealne rozwiązanie dla tych, którym środek roku nie przeszkadza w rozpoczęciu planowania i niekoniecznie podejmują postanowienia na samym początku roku Cały planner ma prawie 300 stron, czyli mieści się na blisko 150 stronach.
Na okładce widnieje cytat, który zapamiętałam z filmu „Slow West”, a który inspiruje mnie do lepszego przeżywania każdej chwili. Byłoby cudownie, gdyby udało mi się wydrukować twardą okładkę (obecnie jest zrobiona z najgrubszego dostępnego w drukarni papieru 300g/m^2 i żeby ją chronić przed zniszczeniami jest też dodatkowa okładka ze sztywnej folii) w matowej wersji i tylko złote litery byłyby foliowane. Tło okładki ma wzór jak gdyby papieru czerpanego. Na tylnej okładce jest drugi motywujący cytat „Dzisiaj jest wczorajszym jutro„.

Jeśli chodzi o konstrukcję środka, wygląda to następująco:
Na samym początku, po stronie tytułowej na której jest miejsce na zapisanie naszego adresu e-mail, co umożliwi kontakt z nami znalazcy w przypadku ewentualnego zagubienia organizera, znajduje się sześć planszy zajmujących dwie strony, które są miejscem na rozplanowanie miesięcy. Z lewej strony mamy miejsce na zapisanie najważniejszych i z góry wiadomych priorytetów na dany miesiąc, a pod nim miejsce na zapisanie ważnych okazji, o których nie możemy zapomnieć. W ten sposób wystarczy nam jedno zerknięcie na listę żeby ogarnąć jakie jeszcze okazje są przed nami. Ja wpisuję (a przynajmniej wpisałam na pierwszy miesiąc, bo to pierwszy miesiąc korzystania z takiej planszy ) je także w kratce przeznaczonej na dany dzień. Fajnym pomysłem jest też wykorzystanie miejsca w kratkach na swoisty pamiętnik i podsumowanie każdego dnia. W każdym miesiącu jest miejsce na sześć tygodni, bo taka sytuacja też może się zdarzyć

Po miesięcznym rozplanowaniu przychodzi czas na zaplanowanie tygodnia. Do takiego planowanie przygotowanych jest dwadzieścia osiem 10-stronicowych miejsc dla każdego tygodnia. Pierwsze dwie strony są zarezerwowane na przegląd tygodnia, gdzie każdy dzień ma swoją rubrykę do uzupełniania harmonogramu dnia w odstępach półgodzinnych i od 6:00 aż do 23:00. Mi służy on głównie do zapisania umówionych spotkań, czy wpisania zajęć na uczelni. Do tego nad godzinowym rozplanowaniem każdego dnia są trzy linijki na wpisanie okazji, czy najważniejszych spraw. Można tam wpisać też deadline’y. Po lewej mamy rubrykę z linijkami na notatki, a na każdej stronie pod harmonogramami mamy pustą przestrzeń do dowolnego wykorzystania. Ja postanowiłam wpisywać tam cytaty, o których chcę pamiętać w danym tygodniu.
Po tych planszach mamy jedną stronę na spisanie zadań na cały tydzień. Ta strona doskonale sprawdziła się w pierwszej wersji plannera, umieściłam ją więc też w tym projekcie, po małym liftingu. Na tej stronie najważniejsze są dwie rubryki – „zadania z zeszłego tygodnia” oraz „nowe zadania”. Tutaj pod koniec tygodnia zapisuję zadania które powinnam zrobić, a o których może mi się zdarzyć zapomnieć. Zapisuję tam na przykład pojedyncze zadania które muszę zrobić przy pisaniu pracy magisterskiej albo ważne telefony, które powinnam wykonać. Zanim uzupełnię rubrykę „nowe zadania”, uzupełniam część „zadania z zeszłego tygodnia”. Znajdują się tam wszystkie sprawy, których z pewnych powodów nie udało mi się wykonać w przeciągu poprzedniego tygodnia. Zbieram to głównie z tej rubryki z tamtego tygodnia, ale też z zadań rozpisanych na każdy dzień. Przy rozpisywaniu dni, te zadania mają pierwszeństwo.
Pod opisanymi rubrykami jest miejsce na zapisanie listy zakupów (głównie z myślą o dużych zakupach robionych raz w tygodniu), rubryka „pamiętać” i miejsce na nasze notatki.

Po miejscu na rozplanowanie tygodnia mamy siedem stron na zaplanowanie każdego dnia tygodnia z osobna. Znajdziemy tam harmonogram, tym razem z miejscem na zapiski co godzinę od 5:00 do 23:00, miejsce na pięć zadań priorytetowych które koniecznie musimy zrobić tego dnia i miejsce na zadania pozostałe, które zrobić powinniśmy, ale jeśli nie starczy czasu nie będzie tragedii jeśli je zarzucimy. Są to trzy główne i najważniejsze dla mnie rubryki. To one pomagają mi wykonywać rzeczy najważniejsze i z przyjemnością odhaczam kolejne zadania. W nich uwzględniam też zadania przeznaczone na cały tydzień i te często wpisuję na początku lub na końcu tygodnia. W ten sposób nie muszę martwić się, że zapomnę o wykonaniu któregoś.
Oprócz tych rubryk są też „co jemy?” służąca do rozplanowania posiłków na cały tydzień, co pomaga też w przygotowaniu listy zakupów, „wydatki” gdzie można zapisać planowane, większe lub mniejsze wydatki i w ten sposób łapać kontrolę nad tym co i kiedy kupujemy, znane już „pamiętać” i miejsce na notatki. Ostatnie miejsce wykorzystuję głównie do zapisania rzeczy, które muszę zanotować na szybko i niespodziewanie – numery telefonów, adresy i krótkie notatki które powinnam tego dnia mieć przy sobie.
Taką stronę na poniedziałek z aktualnego projektu możecie zobaczyć powyżej, więc poniżej prezentuję jak podobne rubryki sprawdzały mi się w poprzednim plannerze.


Dodatkowo na samym końcu organizera umieściłam trzy strony zatytułowane „lista”, gdzie można zapisać własne listy, na przykład książek, które chcemy przeczytać albo tych przeczytanych, listę oglądanych seriali, czy listę filmów do obejrzenia. Ja jeszcze nie wiem do czego je wykorzystam

Jeśli ktoś chciałby taki gotowy organizer zakupić, to proszę o prywatną wiadomość na facebookowym fanpage’u. Tam mam całą korespondencję związaną z organizerem i w ten sposób będzie mi łatwiej zebrać wszystkie pytania i zamówienia w jednym miejscu.
Jeśli masz już swój organizer daj mi proszę znać jak Ci się z niego korzysta A jeśli wrzucasz zdjęcie na instagram, oznacz je hastagiem #organizerPC
Gotowe organizery mojego autorstwa można kupić w sklepie internetowym Właśnie dzisiaj pod adresem www.wlasniedzisiaj.pl
]]>Niewielka kuchnia na poddaszu była bardzo przytulna, szczególnie letnimi wieczorami. Drobna brunetka zamknęła drzwi za ostatnim pomocnikiem w przeprowadzkach i ogarnęła wzrokiem ogrom rzeczy, które zostały wniesione w kartonach. Teraz wydawało się tego naprawdę dużo, ale wiedziała, że jak tylko rozłoży te rzeczy na półkach, w szafach i na parapetach wrażenie będzie całkiem inne. Dobrze, że kawalerka nie była duża, właściwie był to jeden pokój z łazienką w drugim pomieszczeniu. Tak, kartony trzeba było rozpakować, wszystko poukładać, ale zachodzące słońce pięknie oświetlało kącik kuchenny. Drewniane blaty i podłogi wydawały się tak magiczne, że dziewczyna miała ochotę spędzić tam całe swoje życie. No, przynajmniej najbliższe kilka godzin. Nie mogła zrobić nic innego jak tylko poddać się emocjom. Dobrze, że przynajmniej w kuchennych kartonach miała porządek i tak mogła wyciągnąć małe radio, ustawić je na oknie, nastawić ulubioną stację. Wyciągnęła szybko garnek, metalowe miski i włączyła piecyk, aby się już grzał. Gorzka czekolada znajdowała się w zakupach, które zrobiła po drodze, więc szybko mogła przystąpić do dalszych czynności. Otworzyła cztery opakowania i zaciągnęła się słodkim zapachem. Na drewnianej desce pokroiła grubo trzy tabliczki swoim ulubionym nożem, tym który odziedziczyła po babci. Uwielbiała rzeczy po niej, często używając ich wyobrażała sobie jak babcia stoi obok i pomaga jej w gotowaniu.
Przełożyła czekoladę do miski znajdującej się już na garnku, nad gotującą wodą. Dodała do niej nieco masła i oblizała palce. Do kolejnej miski wbiła jajka, dosypała kilka łyżek skrzącego cukru i zaczęła ubijać je ręcznym mikserem. Kręciła korbką miarowo, a w misce tworzyła się coraz bardziej puszysta masa. W końcu odłożyła mikser na talerzyk, złapała miseczkę znad kąpieli wodnej przez ściereczkę i po zamieszaniu przelała czekoladę słodkim strumykiem do puszystej masy z jajek. Dosypała proszku do pieczenia i kilka łyżek mąki rozsypując nieco na blat. Biały pył wzbił się w powietrze, kiedy przemieszała całą masę. Z czwartej tabliczki gorzkiej czekolady ułamała pół, posiekała na drobno i dodała do ciasta, aby każdy kęs mógł być dodatkowo wypełniony najlepszym smakiem na świecie. Białą czekoladę posiekała grubiej, a kiedy ciasteczka znalazły się na wyłożonej papierem blasze przystroiła każde kilkoma jej kawałkami, żeby słodycz mogła przełamać gorycz. Włożyła blachę do piecyka i nastawiła minutnik. Pozostałości białej czekolady przesypała do miseczki po tej gorzkiej, przysiadła na parapecie i w oczekiwaniu na koniec pieczenia zjadała palcem resztki masy obserwując spieszących się pomiędzy kamienicami przechodniów. Była w swoim świecie i nic nie mogło jej z niego wyrwać. Krótki dzwonek minutnika oznajmił koniec pieczenia, a kiedy wyciągała nieco urośnięta ciastka, które teraz były nieco popękane z wierzchu, mieszkanie i prawdopodobnie cała okolica wypełniły się wspaniałym zapachem.
Ada Roszkowska – studentka o ciemnych włosach, urodzona na początku lata 92′.
Postać fikcyjna stworzona jakieś 3-4 (?) lata temu przeze mnie.
]]>
Tuż przed świętami wielkanocnymi dostałam od Good Food pudło wypełnione waflami, do tego moja uwaga, że uwielbiam kukurydziane została zauważona <3

Jako, że święta spędzałam w Gdańsku, to zabrałam wszystkie wafle ze sobą. Oh, to był błąd… W Gdańsku pomagałam razem z mamą bratu w opiece nad trzema małymi chłopakami, podczas gdy bratowa była w szpitalu po czwartym porodzie (tak, też chłopaka ). Postanowiłam więc przygotować dla maluchów śniadanie bazujące na waflach, zamiast na chlebie. Przygotowałam kanapeczki z serem i warzywami. A chłopaki wcinały aż im się uszy trzęsły, chociaż najstarszy (najbardziej wybredny) tak jak ja woli kukurydziane. I to powinna być dla Was najlepsza rekomendacja
O samych waflach możecie poczytać na stronie producenta, ale warto zauważyć, że oba rodzaje wafli są bezglutenowe, a małe paczuszki po 7 wafli są wygodne do zabrania, na przykład na uczelnię, ale zapobiegają także wilgoceniu niezjedzonych wafli (co może się zdarzać przy dużej paczce).
Ja polecam przygotowywanie kanapek, takich jak z normalnym chlebem. Mi najbardziej smakują wafle posmarowane masłem z pomidorami skropionymi olejem rydzowym i szczypiorem. Na drugim miejscu znajduje się majonez, jajko i łosoś (+ ew. pomidor).
Od kiedy posmakowałam te wafle, mam ich zawsze paczkę w zapasie w szafce. Na wiosnę ze świeżymi warzywami smakują najlepiej <3
]]>
ALE! Najpierw obejrzyj odcinek 11×21, a dopiero potem czytaj tę notkę
Pamiętam jak jeszcze w telewizji, w okolicy 2008/2009 roku emocjonowałam się na kolejny odcinek Grey’s Anatomy na polsacie. Było to moje jedyne źródło do oglądania tego serialu. Podekscytowana opowiadałam mamie o Sloanie i jego relacjach z Derekiem, o George’u, Meredith, Cristinie, Izzie i Alexie. Do tej pory pamiętam niemal każdy przypadek z pierwszych pięciu sezonów, które obejrzałam po kilka razy. Pamiętam jak dziś, jak tydzień pewnych wakacji spędziłam tylko i wyłącznie na oglądaniu (starając się ukryć przed rodzicami) Grey’s Anatomy. Obejrzałam wszystkie 5 sezonów z zapartym tchem i moje myśli krążyły tylko wokół tego tematu. Ich historie były dla mnie inspirujące (sytuację kiedy Meredith niemal się utopiła zaaranżowałam do opowiadania które wtedy pisałam).
Po piątym sezonie nie przestałam oglądać, chociaż kolejnych odcinków nie oglądałam powtórnie (trauma po śmierci O’Malleya i odejściu Izzie), ale wciąż był to mój ulubiony serial (pomimo przejściowych wątpliwości w tej materii). Jest to jedyny serial, który oglądam tak długo i regularnie. Jedyny w którego oglądaniu nie robiłam dłuższych przerw. Nieraz, już w akademiku, spóźniałam się a nawet opuszczałam zajęcia tylko dlatego, że w piątek rano MUSIAŁAM obejrzeć najnowszy odcinek.
Muzyka z serialu towarzyszyła mi w trudnych i radosnych chwilach. Pomagała zanurzyć się w beznadziejności świata, a potem wyciągała do mnie pomocną dłoń. Przy słuchaniu piosenek przypominałam sobie sytuacje w jakich byli bohaterowie kiedy właśnie one były ścieżką dźwiękową do ich życia.
Doskonale znam życiorys każdego z bohaterów (na tyle na ile Shonda je nam pokazała). Jednym kibicuję, innych wolałabym nie widzieć w ogóle na ekranie. I godzę się na wszystko co przynoszą kolejne odcinki.
Wiem, że to może głupie, ale ten serial pomógł mi nauczyć się, że życie nie zawsze jest takie jakbyśmy chcieli. Chociaż chciałam innej drogi dla bohaterów – oni tonęli w beznadziejności, żeby móc odbić się od dna i wynurzyć w całkiem innym miejscu.
Roniłam łzy przy historiach pacjentów i nauczyłam się rozpoznawać sytuacje beznadziejne (w tej kwestii Shonda już rzadko mnie zaskakuje – na początku odcinka mogę okreslić kto umrze a kto zostanie przy życiu) i ryczałam jak bóbr kiedy umierali O’Malley, Denny, Sloan i Lexie. Płakałam ze szczęścia kiedy Izzie i Alex stanęli przed ołtarzem, Derek i Meredith stali na ziemi na której stanął ich dom, kiedy April i Jackson dowiadują się, że będą mieli dziecko.
I płakałam kiedy Derek umierał. I kolejny raz przekonałam się jak okrutne potrafi być życie (albo scenarzyści i aktorzy).
Samolot miałam o 10:15, lądowanie planowo o 11:30 (czasu lokalnego). Wystartowaliśmy bez opóźnienia, pogoda dopisywała, więc dolecieliśmy 20 minut przed czasem. Myliłam się myśląc, że po wylądowaniu tylko chwila i zaraz będę mogła zobaczyć się z siostrą – całkiem zapomniałam w jakiej kolejce trzeba czekać do odprawy paszportowej (i jak bardzo uprzejmych ludzi w tej kolejce obserwować). Gdybym pomyślała wcześniej i zabrała paszport być może problem byłby mniejszy – paszporty elektroniczne miały osobne stanowiska i kolejki, dużo krótsze. Osoby spoza Unii Europejskiej też czekały krócej. A podobno miało nie być granic
Po krótkim oczekiwaniu na siostrę na lotnisku pojechaliśmy coś na szybko zjeść – wszyscy byliśmy głodni. Tuż obok był McDonald, miałam więc okazję zobaczyć jakie kanapki serwują w UK. Początkowo byłam nieco zdezorientowana cenami – czy podane przy bułkach ceny są za kanapkę czy za zestaw? Zuza powiedziała tylko żebym nie patrzyła na ceny, tylko zamawiała. Zamówiłam więc kanapkę, która skusiła mnie od razu po spojrzeniu na plansze – Chicken Cheddar Classic z racji mojej miłości do tego sera. W cenie ok. 5 funtów dostałam zestaw, więc cenowo wychodzi podobnie jak w Polsce. Oprócz różnicach w menu różnica jest w podawaniu ketchupu, na plus dla UK. Mianowicie nie dostajemy ketchupu w torebkach, na wyraźną prośbę, wręcz upomnienie, a obok kas jest specjalne stanowisko, gdzie mamy przygotowane słomki, cukry, mieszadełka, serwetki i małe papierowe pojemniczki na sosy. Sosy są tuż obok z systemem pompki, który możemy znać na przykład z IKEI. Do wyboru mamy ketchup oraz sos barbecue. Ten drugi jest świetny i warto go spróbować. Ketchup z kolei jest chyba inny niż ten w Polsce, zaryzykuję stwierdzenie, że podają ketchup Heinz – który jest dużo lepszy niż ten mocno octowy i słodki.
Po jedzeniu wybraliśmy się już prosto do Londynu. Na liście „do zobaczenia” miałam cztery miejsca, których zabrakło w planie wycieczki kiedy byłam tam z Rafałem, trzy lata temu. Chciałam zobaczyć Borough Market, który jest miejsce koniecznym do odwiedzenia dla każdej blogerki kulinarnej, Tower Bridge, który jest obok Big Bena ikoną Londynu, M&M’s World, który chciałam odwiedzić w jednym celu – po M&M’sy z masłem orzechowym ( <3 ) oraz King’s Cross z peronem 9 i 3/4. Jako pierwszy kierunek obraliśmy dworzec. Trochę pobłądziliśmy dojeżdżając, zaparkowaliśmy kilka ulic dalej, ale trafiliśmy z pomocą map ustawionych na skrzyżowaniach. Przeszliśmy cały dworzec mijając kolejne perony od 1 do 8 i dotarliśmy do drugiej części budynku. Peron 9 i 3/4 można było rozpoznać po kolejce w dziwnym miejscu. Niestety zaskoczyła mnie lokalizacja – znaleźli kawałek wolnej ceglanej ściany i tam przymocowali połowę wózka bagażowego. Wygląda to całkiem inaczej niż sobie wyobrażałam. Ogromny plus za organizację – dojście do wózka zostało ogrodzone taśmami tak, żeby kolejka była zorganizowana i skondensowana. W kolejce odczekałyśmy z Zuzą ponad pół godziny i po drodze straciłyśmy nadzieję i złudzenia na odwiedzenie Borough Market. Kiedy przyszła nasza kolej mogłyśmy wybrać jaki szalik chcemy założyć – Gryffindor, Hufflepuf, Slytherin czy Ravenclaw. Po ustawieniu się przy wózku zostałyśmy poinstruowane żeby patrzeć w obiektyw ich fotografa i podnieść nogę, żeby wyglądało jakbyśmy biegły. Asystent przytrzymywał nam szaliki i na znak podrzucał je do góry. Prób mogłyśmy mieć kilka, nikt nie robił problemu, do tego czas na zdjęcia naszymi aparatami (robione przez Łukasza). Wszystko było w bardzo przyjaznej atmosferze i wyglądało naprawdę profesjonalnie. Po zrobieniu zdjęć mogłyśmy przejść do sklepiku i tam wydrukować wybrane zdjęcie (zrobione przez ich fotografa) oczywiście za odpowiednią opłatą. Zrezygnowałyśmy z tej uprzejmości i stwierdziłyśmy że Łukasz zrobił lepsze zdjęcia. W samym sklepiku można było kupić różdżki, zmieniacz czasu, plakaty, kalendarze, szaliki i inne gadżety. Niestety stwierdziłam, że ceny nie na moją kieszeń, kupiłam więc tylko breloczek i bilet na Hogwart Express, no i paczkę fasolek wszystkich smaków Bertie’go Botta.
Wychodząc z dworca Zuzia zaciągnęła mnie do sklepu sushi. Sushi wyłożone jest tam w otwartych lodówkach i obowiązuje samoobsługa. Przed lodówkami ułożone są tacki, na które kładzie się to co się wybierze. Można wybrać między gotowymi zestawami w plastikowych pudełkach, ale można też utworzyć własny zestaw – kawałki sushi pakowane są w plastikowe woreczki po jednej, dwie sztuki. Ceny są odpowiednio za jedną paczuszkę lub w pakiecie 2 lub 3 taniej. Zdecydowałyśmy się na dwa gotowe zestawy na tackach i wzięłyśmy je do zjedzenia w domu. Do tego wzięłam paluszki w czekoladzie sygnowane marką sklepu, przy których jak tylko je zobaczyłam, pomyślałam o koleżance z akademika (Agnieszka, pozdrawiam ) i wspólnym spotkaniu przy grach planszowych. Sushi zjedzone wieczorem było bardzo smaczne i różnorodne. Do tego nareszcie mogłam nacieszyć się idealnie ugotowanym ryżem.
Przy okazji King’s Cross przeszliśmy kilka kroków na drugi dworzec, tuż obok – St. Pancras. Łukasz chciał zobaczyć rzeźbę The Meeting Point przedstawiającą parę zakochanych w objęciach. Rzeźba jest wysoka na 9 metrów i waży 20 ton. Z bliska robi wrażenie wielkością, ale po odejściu wygląda pięknie na tle wejścia i zegara wiszącego nad nią.
Kiedy wychodziliśmy z St. Pancras było już bardzo późno, w dodatku zaczęło padać. Szybkim krokiem wróciliśmy do samochodu zahaczając o sklep z pamiątkami (kupiłam pocztówki, które zaginęły w mieszkaniu Zuzy i Łukasza). Na Borough Market nie mieliśmy po co jechać, M&M’s World też nie, pozostało nam Tower Bridge. Padało coraz mocniej, przez co nie było po co wysiadać. Plan był żeby przejechać przez most i wracać do domu. Przy pierwszym podejściu wylądowaliśmy na innym moście, ale Tower Bridge był kolejny, mogłam więc zrobić kilka zdjęć całego mostu. Udało mi się ustrzelić całkiem dobre zdjęcie, chociaż cały czas jechaliśmy. Przejazd przez sam Tower Bridge był dużo nudniejszy
Wizyta w Londynie zakończyła się wyjazdem w prawie godzinnym korku w deszczu
Na zakończenie mam dla Was świąteczny konkurs. Nagrody będą trzy:
1. Magazyn Jamie’go Olivera wraz z dołączonym kalendarzem i słodycze
2. Książka kucharska z przepisami na dania jednogarnkowe i słodycze
3. Fasolki Bertie’go Botta, ocieplacz do dłoni i słodycze
Zadanie konkursowe:
O pomoc w ustaleniu zadania konkursowego poprosiłam znajomych. Witek zaproponował ułożenie fraszki i podał swój przykład. Po dalszej rozmowie Nina zaproponowała interpretację fraszki Witka. Zadanie zostało więc ustalone:
Była raz sobie królowa Elżbieta,
co nigdy w ustach nie miała kotleta,
zamiast kazać go sobie przyrządzić,
wolała poddanymi cały czas rządzić
Zadanie polega na zinterpretowaniu powyższej fraszki, przygotowaniu zdjęcia, ilustracji, przepisu do niej, dopisaniu własnego ciągu dalszego lub cokolwiek Wam przyjdzie do głowy. Mam nadzieję, że będziecie mieć przy tym niezłą zabawę Zgłoszenia wysyłajcie na adres [email protected] w tytule wpisując „Konkurs Fraszka”
Do tego należy polubić i udostępnić to zdjęcie na facebooku (pamiętajcie, żeby ustawić widoczność dla wszystkich), a w komentarzu pod tym postem napisać którą nagrodę chce się otrzymać. Czas macie do 15 grudnia 2014, do godziny 23:59.
Zasady:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga PozeraczeCzasu.pl – Agata.
2. W konkursie może wziąć udział każdy, kto spełni warunki konkursu.
3. Zadanie polega na wykonaniu pracy związanej z podaną na blogu fraszką i wysłaniu jej na podany adres e-mail, polubieniu i udostępnieniu odpowiedniego posta na facebooku oraz napisaniu komentarza pod postem konkursowym z wyborem nagrody.
4. Czas trwania konkursu: 30.11-15.12.2014
5. Nagrody w konkursie zostały opisane w poście konkursowym.
6. Nagrody zostaną przyznane przez autorkę bloga z możliwą pomocą osób jej bliskich. Wybiorą oni interpretacje, które najbardziej przypadną im do gustu i będą trafne.
7. Nagrody w konkursie nie mogą być wymienione na równowartość w gotówce.
8. Wybór zwycięzców jest niepodważalny.
9. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na blogu PozeraczeCzasu.pl do dnia 20.12.2014 r.
WYNIKI:
Po pierwsze przepraszam za opóźnienie, mam nadzieję, że zrozumiecie przedświąteczne zamieszanie.
Chociaż zgłoszeń było tylko 9, to daliście mi nie lada wyzwanie. Każde na bardzo wysokim poziomie i naprawdę trudno było wybrać trzy wygrywające. Pomóc musiała mi mama, bo sama nie dałabym rady. Po przeczytaniu na głos i obejrzeniu dokładnie każdej pracy decyzja zapadła szybko. Oto wyniki!
1 nagrodę otrzymuje: Małgorzata Janczak – za bujny opis królewskiej rodziny
2 nagrodę otrzymuje: Justyna Basaj – za wyobrażenie staruszki Elżbiety pląsającej po korytarzach pałacu Buckingham :3
3 nagrodę otrzymuje: Justyna Witkowska – za bardzo rytmiczną i rymowaną fraszkę, która trafiła w nasze gusta.
Dodatkowo postanowiłam wyróżnić dwie prace, które nas urzekły.
Wyróżnienie nr 1 wędruje do Anuli Wawrzyniak za wizję i zdjęcie obrazujące jej mamę nakłaniającą królową do zjedzenia kotleta.
Wyróżnienie nr 2 wędruje do Michała Ciorkowskiego – rodzynka wśród dam – za dłuuugą pracę o polskim kucharzu.
Wszystkim uczestnikom bardzo dziękuję za udział, a zwycięzcom gratuluję. Czytać wszystkie Wasze prace to była ogromna przyjemność i gdyby tylko pozwalał mi na to portfel, do każdego z Was wysłałabym choć mały drobiazg
Zwycięzców proszę o kontakt mailowy z adresem wysyłki i o cierpliwość – nagrody będę mogła wysłać dopiero po Nowym Roku. Proszę też wszystkich uczestników o zgodę na opublikowanie na blogu Waszych prac
]]>
Bombki w których się zakochałam od pierwszego ujrzenia. Jeśli nie przygotuję ich w tym roku, to na pewno później <3
Cały blog jest skarbnicą pięknych zdjęć i rewelacyjnych DIY, a te choinki urzekły mnie prostotą i naturalnością zaserwowania.
Prosty i bardzo efektowny. Urzekła mnie gałązka i czerwień <3
Piękna, żywa dekoracja. Zastanawiam się czy nie namówić mamy na taką dekorację naszego oświetlenia.
Minimalistyczny kalendarz adwentowy. Minimalizm rules!
]]>