Lubię czasem jeść na mieście: Pasta&Basta w Toruniu

W czasie gimnazjum i liceum dużo chodziłam po Starówce Toruńskiej i równie często odwiedzałam różnego rodzaju miejsca, w których można zjeść coś dobrego. Po tamtych czasach zostały mi ulubione miejsca, w szczególności dwa. Do jednego na początku nie byłam przekonana, ale ciągłe chodzenie tam ze znajomymi sprawiło, że pokochałam specjalność miejsca, jednak nie o tym w dzisiejszej notce. Dzisiaj jest miejsce na recenzję miejsca, którym zachwyciłam się jak tylko usłyszałam, że powstało. Spaghetteria Pasta&Basta ma to, co kocham w kuchni – makarony. Tą recenzją mam przyjemność otworzyć nowy dział na blogu: Lubię czasem jeść na mieście 🙂

Restauracja ulokowana jest przy Starym Rynku, tuż obok ratusza. W lecie otwierają patio na podwórku, zamknięte toruńskimi kamienicami, a w zimie trzeba zadowolić się miejscem w piwnicy kamienicy.
Wystrój restauracji jest pomarańczowo-czarny. Pomarańczowe fotele i kanapy poustawiane są tak, żeby jak najwięcej gości mogło odwiedzić lokal. W jednym miejscu można nawet znaleźć nowoczesny kominek ogrzewający ceglaną ścianę i gości siedzących niedaleko. Na ścianach możemy podziwiać zdjęcia toruńskich artystów (jeśli się mylę, proszę o poprawkę 😉 ).
W lokalu jest dosyć ciemno, ale nadaje to uroku. Na każdym stoliku stoi świeczka, która jest zapalana przez kelnerkę.
Wystrój jak najbardziej na plus. 🙂

 

Razem z R. odwiedziliśmy lokal na początku lutego. Mieliśmy kupon, który starczył akurat na nas dwoje. Tego dnia podobny kupon chciało wykorzystać chyba pół Torunia, bo ledwo znaleźliśmy miejsce, tuż przy drzwiach 😉
Kiedy złożyliśmy zamówienie, podano nam darmową przystawkę – 2-3 kawałki chleba tostowego z pastą łososiową (o ile dobrze pamiętam). Przystawka dobra, pasta bardzo smaczna, jednak przy wcześniejszych wizytach podawana była caponata, którą uwielbiałam, przy pierwszych moich wizytach do caponaty były zgrzankowane kawałki bagietki. Obecna przystawka jest przyjemna, ale ma się nijak do pierwszej jej wersji 😉

Złożyliśmy zamówienie i czekaliśmy dosyć długo, co można wytłumaczyć dużą ilością gości. Podenerwowało mnie jednak to, że bardzo długo czekaliśmy na przyjęcie zamówienia, podczas gdy nasz kelnerka obsługiwała już kolejne stoliki. Nasze miejsce w kącie, przy drzwiach widać były odpowiednie, żeby o nas zapomnieć 😉

 

 

Do zamówienia makaronu należy wybrać rodzaj makaronu oraz sos. Makaron jest wliczony w cenę podawaną przy sosie, jednak można dopłacić za dodatkowe udogodnienia jak makaron pełnoziarnisty, domowy lub makaron kolorowy.  Podstawowych makaronów do wyboru mamy 6 rodzajów. Od spaghetti po bucattini. Następnie dobieramy sos z kategorii: mięsne, rybne lub z owocami morza, wegetariańskie oraz słodkie. Mój wybór padł na sprawdzone tagliatelle z kurczakiem, a R. wybrał lasagne bolognese. Zamówiliśmy też zupę serową na dwójkę.

Na początek R została podana zupa, a mi makaron. W pierwszej kolejności oboje zjedliśmy zupę, a potem zaczęliśmy makaron, który później stygł w oczekiwaniu na lasagne dla R.
Co do zupy. Była ładnie podana, przyjemnie łagodna w smaku, a grzanki i szczypiorek którymi była posypana, pasowały idealnie. Zupa bardzo smaczna, jednak nie zachwyciliśmy się nią aż tak, żeby wychwalać pod niebiosa 😉

Później przyszła pora na makaron z kurczakiem. Tagliatelle wymieszane było z kurczakiem w sosie śmietanowym, a z boku był pocięty szpinak, kilka pomidorków koktajlowych i ćwiartka cytryny. Zawsze mieszam wszystko razem i wyciskam sok z cytryny, która odejmuje ciężkości sosu śmietanowego. Całość jest lekka i przepyszna. Szpinak rewelacyjnie tutaj pasuje, a pomidorki dodatkowo dodają rześkości.

Z lasgne R było już nieco gorzej. Na pierwszy rzut oka wygląda pięknie i wspaniale. Kiedy jednak posmakowałam jej trochę, zaczęłam zastanawiać się czy to jest na pewno to, co zamówiliśmy. Farsz miał konsystencję puree ziemniaczanego i było z nim mało mięsa. Wyraźnie wyczuwalny był za to koncentrat pomidorowy. Całość była mazista i sucha. Nawet R, który zjada wszystko, ostatecznie zostawił resztę na talerzu, zjadając jedynie ser i beszamel.
Oboje nie polecamy lasagne bolognese.

Na koniec zamówiliśmy creme brulee, który okazał się bardzo smaczny. Przystrojony listkiem mięty (którą wzięłam na początku za bazylię ;P) prezentował się smakowicie i spełnił nasze oczekiwania. Chrupiąca skórka z cukru miała być i była 🙂

Podsumowując: Z restauracji dotąd wychodziliśmy bardzo zadowoleni, wyszlibyśmy i tym razem, gdyby nie lasagne. Ona i długi czas oczekiwania na kelnerkę spowodowały, że R wyszedł nienajedzony i oboje byliśmy zniesmaczeni.

Przyjmując jednak skalę 10-punktową wszystko oceniamy kolejno:
Obsługa: 6/10
Jedzenie: 5,6/10
zupa serowa 6,5/10
makaron z kurczakiem 8/10
lasagne bolognese 1/10
creme brulee 7/10
Wystrój: 8/10
Czas oczekiwania: 7/10 – gdyby przy mniejszym ruchu trzeba było tak długo czekać, ocena by spadła.

Ogółem: 6,7/10

Polecam restaurację, jednak stanowczo zabraniam zamawiania lasagne bolognese 😉
Jeśli przy następnych wizytach zrobię zdjęcia, dołącze je do tej notki i również ocenię 🙂